Darowane życie
Z prof. Zdzisławem J. Rynem rozmawia ks. Marek Łuczak / Tygodnik katolicki Niedziela, 22 luty, 2010
– Myśli Pan o przemijaniu?
– Im jestem starszy, tym częściej rozmyślam na temat własnej śmierci. Mam ku
temu szczególne powody, gdyż po stronie mojego ojca niemal wszyscy mężczyźni
poumierali nagle ok. 60. roku życia na zawał serca. Ok. 63. roku życia „dopadła”
mnie niewydolność naczyń wieńcowych. Dzięki błyskawicznej interwencji moich
młodszych kolegów kardiologów wstawiono mi stent do zwężonej tętnicy wieńcowej i
– jak by nie mówić – uratowano mi życie. Dzisiaj mam 71 lat i żyję w jakimś
sensie „życiem darowanym”. Przy tym nadal żyję intensywnie, biorę udział w
wyprawach eksploracyjnych, 2-3 razy w roku odbywam podróże do mojej ukochanej
Ameryki Łacińskiej, a ostatnio na Wyspę Wielkanocną, dużo piszę, kontynuuję
pracę na uczelni, udzielam się społecznie.
– Niektórzy tak daleko oswajają się ze swoim przemijaniem, że nawet planują
pochówek...
– Chociaż nabyliśmy ostatnio grobowiec na cmentarzu Rakowickim w Krakowie
(kamienna piramida przypominająca nomen omen... Everest!), to mam swój ulubiony
cmentarzyk na... Rapa Nui, czyli Wyspie Wielkanocnej, a więc na końcu świata.
Podczas jednej z wypraw oświadczyłem kolegom, że jeśli przyjdzie mi umrzeć na
Wyspie – niech mnie pochowają na cmentarzyku TAHAI, z widokiem na bezkresny
Pacyfik, ale też z widokiem na rozgwieżdżone niebo. W tym zagubionym w bezkresie
Pacyfiku istotnie najbliższymi widzialnymi obiektami są Słońce, Księżyc i
gwiazdy na niebie. Można powiedzieć, że stamtąd jest bliżej do nieba, podobnie
jak z wierzchołków moich ulubionych Andów! Tak się składa, że przed kolejnymi
wyjazdami do Ameryki Łacińskiej udaję się na grób moich śp. Rodziców w Szczyrku
– moim rodzinnym mieście. Proszę ich o opiekę podczas podróży, ale też
symbolicznie „zabieram ich” ze sobą, gdyż za życia nie mieli możliwości
poznawania świata tak odległego i egzotycznego, jaki mnie przypadł w udziale.
Udało mi się też zabrać w tę część świata nie tylko córki – Ewę i Dorotę, ale
także wnuki: Michała i Dominikę (dzisiaj już studentów). Złapali bakcyla
latynoamerykańskiego i wierzę, że kiedyś będą samodzielnie wędrować śladami
dziadka, kontynuując moje pasje eksploracyjne.
Tak, odczuwam przyspieszenie upływającego czasu, cenię teraz już nie tylko lata
i miesiące, ale nawet godziny, minuty. Porządkuję zgromadzone materiały,
przekazuję setki książek do bibliotek, a zbiory do muzeów. „Porządkuję” też
swoje wnętrze i przygotowuję się do nowego życia. Jako lekarza psychiatrę
ciekawi mnie, jak to będzie, i trochę mi żal, że, niestety, podobnie jak
wszystkim, którzy mnie wyprzedzili, i mnie nie uda się opowiedzieć, jak to jest
„po drugiej stronie życia”. Wierzę jednak, że w domu Pana ziemską pasję
odkrywania tajemnic świata zamienię w pasję poznawania całego wszechświata i
jego Stwórcy... Czy może być większa pokusa?
Copy from: http://www.niedziela.pl/warto_przeczytac.php?doc=20100222&nr=0